?

Log in

Zniechęcanie, polecanie - filmy

Zupełnie nie rozumiem, skąd zachwyty i pianie nad "Social Network". Że to na faktach faktycznych? Że takie świeże i na gorąco? Że obnaża prawdę? Nie rozumiem, po co nakręcono ten film. Nie wiem, o czym on miał być, oprócz tego, że dość niemiły i kiepski społecznie krętacz będący zarazem świetnym programistą doszedł nie do końca uczciwie do dużych pieniąchów.

Oglądając miałam kilka koncepcji, jaka to ma być bajka. Pierwsze sceny sugerowały, że to historia niedostosowanego społecznie nerda, ot komputerowomózgi aspergerowiec, a pacz pani do czego doszedł. Not.
Drugą koncepcją było współczesne "Targowisko próżności", zastygły w dziewiętnastowiecznym kontredansie Oksford i gość z XXI wieku rozsadzający tę mumię od wewnątrz. Not.
Trzecia koncepcja (tu już zaczęłam się irytować): zły materialistyczny świat niszczy prawdziwe relacje i uczucia, dając w zamian mdłą namiastkę e-kontaktów. Pffft. Byłoby ckliwie i nieznośnie, ale też not.

Czyli jednak opowiastka o krętaczu będącym zarazem świetnym programistą, który nie do końca uczciwie doszedł do dużych pieniąchów. Ok, ale dlaczego średnio poskładana, z upchniętym na siłę a fałszywym wątkiem, który ma emocjonalnie złagodzić bohatera, z przekłamaniami. Do tego nudna. (Ale ładni wioślarze, mniam.)
Social Network.


Przypowieść o niezbędności kłamstwa, która niestety przestraszyła się własnych konsekwencji i zdryfowała w happy end.

Mamy świat, w którym nie powstało kłamstwo, a ludzie mają nieodpartą potrzebę dzielenia z każdym swoimi odczuciami. Świat, gdzie nie ma słowa na prawdę, bo nie istnieje pojęcie kłamstwa. Gdzie słyszy się "Ojej, jakie paskudne dziecko! Wygląda jak szczurek!", gdzie reklama Coli to "Trochę za słodka, ale i tak mnóstwo ludzi ją kupuje", a Dom spokojnej starości nazywa się Umieralnia dla nikomu niepotrzebnych smutnych staruszków.

Główny bohater, w potężnych opałach, wynajduje panaceum - kłamstwo. Zaczyna z egoistycznych pobudek: mieć pieniądze, odzyskać pracę, poderwać wreszcie pewną panią. Później odkrywa drugą twarz kłamstwa. Koledze, notorycznemu samobójcy (dużo doświadczenia, mało talentu) mówi, że wszystko będzie dobrze, a życie ma sens. Później przechodzi w skalę globalną, wynajdując największe i najpotrzebniejsze łgarstwo świata... (nie, nie zaspoileruję)

...i wtedy właśnie twórcy filmu chyba przestraszyli się, gdzie zaprowadzi ich konseksencja. Domknęli schludnie wszystkie wątki, przyklepali happy endem, dając na koniec sugestywne otwarcie. Trochę szkoda. Liczyłam na czarniejsze, bardziej gorzkie zakończenie, i tym większa zasługa scenarzysty i głównego aktora w jednym, że film dalej uważam za wyśmienity.
Obok "Żywotu Briana" i "Pomniejszych bóstw" uważam go za jedno z lepszych współczesnych dzieł o (nie, nie zaspoileruję). :-)

Ku zgorszeniu współoglądających jako jedyna oświadczyłam, że chciałabym przez tydzień pożyć w takim świecie. Ricky Gervais, The Invention of Lying.

Tags:

Rekomendacje i zniechęcania - książki

/Przeedytowane bo nadużyłam słowa "powiązane". Nie chciało się odczepić./

Lata siedemdziesiąte w Zachodnich Niemczech, czasy Baader-Meinhof i Czerwonych Brygad. Rewolta '68 roku wyrosła w terroryzm, którego w tej książce tak naprawdę nie ma. Jest tylko nieufność i niepokój i nuda oblężenia. I czekanie, aż coś - cokolwiek - się wydarzy. Każdy z bohaterów, zamknięty w opiekuńczym oblężeniu ogląda siebie i innych jak przez szkło powiększające. Każdy ma swój rozdział, z własną narracją i z własną historią życia, zaplecioną ciasno z opowieściami innych. Jest Ślązak, który po wojnie wybrał bycie Niemcem. Jest pełen wdzięku starszy pan, właściciel gazety. Są młodzi socjaliści, mieszkający kątem na plebanii.
Doskonała i co dziwne ciepła książka, z gęstą, niespieszną narracją. Tu nie ma wybuchów, ale są ludzie. Heinrich Boll, Opiekuńcze oblężenie.

Zbiór opowieści o przypadkach, luźno złączony wspólną tematyką wpływu muzyki na funkcjonowanie mózgu. Jak zwykle fascynujący, ale dość chaotyczny i przez to na dłuższą metę nużący. Brakuje mi w tej książce mocniejszego scalenia poszczególnych rozdziałów, zadziwia też bardzo pobieżne prześliźnięcie się nad związkami muzyki i tańca i niemal kompletne pominięcie muzyki innej niż poważna. Wydawać by się mogło, że wszelkie neuronietypowości związane w jakikolwiek sposób z muzyką dotyczą wyłącznie wykonawców i miłośników muzyki poważnej. Może tylko ich stać na wizytę u Sacksa? Miła lektura, jeśli chcemy wyrywkowo poczytać neurologiczne anegdoty. Oliver Sacks, Musicophilia.

Dla kontrastu z najnowszą książką Sacksa polecam jego literacki debiut, szczegółową monografię migreny i jej szeroko pojętych przyległości. Jest tu wszystko, co lubię u Sacksa: dokładne opisy przypadków, rys historyczny, wielka życzliwość wobec pacjentów, ale całość ma rygorystyczną strukturę, która czyni z tej książki coś więcej niż tylko zbiorek anegdot. Przy okazji można rozszerzyć swoje fachowe słownictwo z zakresu neurologii. Prodromal syndroms, anyone? Oliver Sacks, Migraine.

Twarze, wcielenia, opowieści. Kto łuska fasolę przy letniskowych domkach? Kto grał na saksofonie? Kto rozpoznaje nieznajomych, zapomina znajomych, przez kogo płynie pamięć? A może kto płynie przez pamięć? Rzadko kiedy przy lekturze mam poczucie tak głębokiego wejścia w czyjąś świadomość, i do tego świadomość tak różną od mojej. Jest w tej książce ogromne wsłuchanie się w siebie, zamyślenie się sobą. Tego się nie czyta szybko. Wiesław Myśliwski, Traktat o łuskaniu fasoli.

Tę książkę warto czytać synchronicznie z Myśliwskim. Pasują. Mimo że tu pojawiają się elementy nie do końca realne, nie ma jednego wspólnego narratora, a sama książka jest raczej albumem zdjęć dokumentujących upływ czasu. O, to by pasowało: Myśliwski pisze o pamięci, Tokarczuk o czasie. Olga Tokarczuk, Prawiek i inne czasy.

Tags:

List do naczelnikowej A.

Aż żałuję, że nic takiego w rzeczywistości nie istnieje:

Sen, 7/8.2.2011
Szukam w Internecie mało znanej piosenki Wysockiego, „List do naczelnikowej A.”, której nigdy nie nagrał na żadnej z wydanych płyt, tylko na taśmach dla przyjaciół. Piosenka nosi wśród fanów dwa nieoficjalne, uzupełniające tytuły: „Litania do Pallas Ateny” lub „Modlitwa Odyseusza”. Skojarzenia z „Modlitwą Francois Villona” jak najbardziej na miejscu, pewnie stąd mi się wzięła we śnie. W końcu znajduję ją na francuskim serwerze – wrzucone nagranie, akordy gitarowe i tekst, po rosyjsku i angielsku.

Piosenka jest rzeczywiście na wpół oficjalnym, na wpół pochlebczym listem do naczelnikowej A. Każda zwrotka zaczyna się od „wasze błagorodije, naczal’nikowa A.” albo, w dalszych zwrotkach, „wasze wieliczestwo” i jest w istocie litanią przypodchlebiań, komplementów, uniżonych próśb o przeczytanie i łaskawe odpowiedzenie na list, wszystko żywcem wyjęte z Gogola czy Czechowa. Można znaleźć też delikatne aluzje mitologiczne „jak tam też wynalazki u łaskawej pani”, „czy wasze miasteczko docenia naukę czytania” itp. I znowu podlizywanie w najlepszym dziewiętnastowiecznym stylu, dopytywanie o szanowne zdrowie, ucałowywanie rączek, rzucanie się do nóżek, pytanie o tę bezczelną hafciarkę*.

W tle sugestie, że bohater został, dawną modłą, zesłany w głąb Rosji i ma zakaz powrotu do Moskwy.
Dopiero w refrenie przedstawiana jest właściwa prośba, ale też a rebours: „Nie proszę o spryt, bo mam go aż nadto; Nie proszę o rozum, bo znam głupich mędrców; Nie trzeba mi farta, fart jest dla nieudaczników; Nie chcę ani otuchy, ani nadziei, sam je sobie tworzę. Nawet forsy nie potrzebuję. Ale racz, łaskawa pani, załatwić mi bilet do domu. Bo na lotnisku nad Moskwą mgła.”

„Nie proszę o pomyślne wiatry, sam umiem żeglować; nie proszę o zgładzenie wrogów, dam sobie z nimi radę; nie boję się czarodziejek, nie drżę o wierność żony… Ale racz, jasna pani, załatwić mi bilet do domu, bo na lotnisku nad Moskwą mgła.”

Grrr. Ale oczywiście, skubany Wysocki takiej piosenki nigdy nie napisał…

*Arachne, która się chełpiła, że haftuje lepiej niż Atena i została zamieniona w pająka.

Zainspirowane - o zabawkach

Do poniższego tekstu natchnął mnie post Wakisashi Girl, traktujący mądrze i rozsądnie o problemach z dobraniem rozumnych, ciekawych zabawek w epoce upiornych różowych koników. Naprawdę warto go przeczytać, choćby przez wzgląd na listę kapitalnych pomysłów na prezent dla trzy-czteroletniego dziecka. Jak dla mnie - rewelacja. Oto link.

A oto moja polemika (choć w gruncie rzeczy zgadzam się z jej tekstem co najmniej w 90 procentach). Wakisashi, dziękuję za inspirację! Dzięki Twojemu tekstowi sporo sobie poukładałam w głowie.

Są na tym świecie zabawki straszne, głupie, i te lasujące mózg, próbujący dociec, do czego tak naprawdę mają służyć. Widziałam w internetach zestawik kosmetyczny „Be pretty for Jesus” (Barbie-bielanka?), plastikową kupkę na patyku (dobre do gorszenia starszych cioć) i Action Jezusa (na Harleyu).

Dostaję czerwonej mgły przed oczami od podziału „zabawki dla dziewcząt”, „zabawki dla chłopców”. Parskam jadem na dominację ślicnego żóżowego kololku w tych pierwszych i na nadreprezentację monsternych monsterów do ubijania w tych drugich. Wpienia mnie, że gdyby zabawkami człowiek bawił się tylko wedle tego, co one sugerują, to dziewczęta uczyłyby się tylko jak się stroić, jak dbać o małe dzieci, jak sprzątać, jak gotować i jak prać (różowy mop for teh win).

Ale domyślna funkcja zabawki jest zaledwie domyślna, a nie jedyna możliwa. Na różowym mopie można latać, udając czarownicę. Dla piętnastu lalek Barbie można urządzić zawody pływackie w wannie. My Little Pony, w zależności od fantazji bawiących się, będzie Pegazem, koniem ciągnącym dorożkę, albo z posadzoną na nim Barbiuchą pojedzie ratować Kena ze szklanej wieży.

Co więcej, to działa w drugą stronę: nawet szachami i edukacyjnymi klockami można rzucać komuś w głowę. Mądrą zabawką można bawić się kretyńsko, najdurniejszym i naróżowszym koszmarem – mądrze. To już zależy od rozumnych opiekunów.

Sama ostatnio walczę z nadmiarem otrzymanych przez Luke’a świecących grajków (ile można?) i samochodzików. Planuję kupić mu lalkę o sympatycznej, ludzkiej buzi; tym bardziej, że Dorotkową lalę pogłaskał i się do niej uśmiechał. Niech ćwiczy symulacje interakcji. J

Owszem, mamy klocki, mamy zabawki rozwijające manualnie, śpiewamy, tańczymy, rozmawiamy. Najwspanialszym sprzęciorem zabawowo-treningowym jest odkurzacz, włączony na minimalne ssanie. Tuż potem w rankingu stoi sznurek, plastikowa butelka po wodzie, firanka i dorwana nielegalnie komórka.

Ale mimo to liczę się z faktem, że nie uda mi się uniknąć monsterów, Action Manów i broni. Mam wątpliwości co do broni palnej, chociaż nie odmówię Luke’owi tej białej. ;-) Nie będę udawać, że nie wyszliśmy z lat pięćdziesiątych i w sklepach nie ma grających i świecących zabawek, że nie istnieją gry komputerowe, ani Pokemony (czy co tam teraz się ogląda i zbiera). Bo tak udając zrobię Lukiemu cholerną krzywdę.

Wierzę w trzecią drogę: parę monsterów i drewniane klocki. Barbie i książki. Action Man i malowanie rękami na szarym papierze. Wierszyki i bajki z płyt, ale do tego ciekawe gry na komputerze. Będziemy z Lukiem rysować kredkami, ale też i w Paincie. Pójdziemy popływać i zapiszemy się na tańce, ale też pogramy w kręgle czy w kendo na Wii.

 

W skrócie: nowoczesne nie równa się beznadziejne. Różowe nie zawsze jest głupie. A odrobina głupoty też jest potrzebna. Dziecko ma prawo czasem bawić się głupio, nierozwijająco i w sposób, w który my byśmy w jego wieku absolutnie nigdy przenigdy, fuj i sic. Bo mózg się uszkadza przede wszystkim od dogmatyzmu.


Dec. 28th, 2010

My recurrent bouts of fascination with actors - each time a different one, I don't seem to be very faithful - result in my getting acquainted with their (almost) whole filmography. This, in turn, results in my frantic search for the most obscure and rare fandoms, where actually ten authors make a crowd. I still look for any fic set in Rescue Dawn universe, I haven't yet found anything written for Machinist. Sigh.

3:10 to Yuma recCollapse )

HP recs, an epic undertaking

In the ocean that is HP fandom there are more communities dedicated to one pairing than there are authors in many a smaller fandom. HP crowd has a saying that other fandoms have several ships, we've got an armada.

I'm a dedicated lurker, aware of the fact that to simply keep up with authors I admire and (relation)ships I (wor)ship I'd have to read at least ten fics daily, regardless of their length. There was time I did; now I've got a job and a baby. Today I usually even don't remember who wrote the fics I adored some years ago.
I'd like to save even a tiny part of my HP reading history, although I had no idea how to manage it in at least barely ordered way.

Now I got it. Authors. Simply authors. I remember at least twenty names (too few!!), so I'd like to present to you over the course of next months a completely subjective and completely non-representative sample of fics by a sample of authors. The order deos not reflect anything; these are simply fics I enjoyed for various reasons.

Let's go. May I present Pir8fancier? There are at least three fics of her that moved me deeply; all of them in a different way.

Stilllife A long, long read, satisfying in many ways. Done from Snape portrait's POV, DH compliant up to the infamous epilogue. Slash, by the way, but that's not the point.

Help Wanted: God and Executioner Written before DH, when the fandom was in uproar about Snape's loyalties. Brilliant, wonderful get together fic. Snarry.

Glass_Half_Full Bitter, realistic, gritty. Ron as an alcoholic after DH. And Pansy Parkinson. Not an easy read, but I recommend it. Canon compliant, which makes it even more gritty. Go read it.

Tags:

Lately I've become moderately addicted (ok, strongly addicted) to an unbelievably long fanfic set in HP universe, matching the original book for book. It ate much of my reading time, though frankly it doesn't deserve that much attention I gave it. Sure, some ways it develops and modifies the original HP settings are genuinely inventive and cater to my personal preferences (a lot of Latin, detailed descriptions of magical theory, all incredibly complex and creative but still making sense). On the other hand it's a bit overdone in cruelty and sometimes repetitive. Still, I'm completely engrossed by its epic size and complexity. Hopefully I'll finish it soon and will have more time to delve in Lena's version of Force Majeur. :-)

And books? Not that many, as my return to work combined with Luke's sudden need for me ;-> and this monster of a fanfic made my free time practically inexistant. All right, let's go.Collapse )

Happy (Belated) Translator's Day!

I've just learnt that the date chosen for my company's translators & testers meeting wasn't incidental. :-) September 30th is an international Translator's Day.

Let me quote:
"Translators and interpreters all over the world celebrate their profession. This date was chosen to pay tribute to St. Jerome (Hieronymus), the Catholic patron saint of translators and interpreters. St. Jerome is revered because he translated the Old and New Testaments into Latin for the first time."

All the best, professional and amateur language lovers! :D
/from someone, who instead of "database sub-cubes" saw "succubes". Sure, the proper plural is "succubi", but still... :-)/

Tags:

Self-motivation

I noticed long time ago that writing anything down (and possibly analyzing it to death) is the best kind of motivation for me.
Since lately I realised that over 90% of things I read (fanfiction, books, blogs, newspapers, news, thematic portals) is solely in Internet, I decided to return a bit to a more conventional way of reading. Sadly, not everything's that easily available in the Net. :-.
Hence my little project to briefly review books I've read "conventionally". Don't expect the heights of sophistication here, it's not a Lo And Behold: A Brief Course in Snobbery project. ;-) I just like reviewing. :D

Just the titles for now (Luke started his daily "I'm sleepy but I won't sleep" routine); expect the drabble-length reviews tomorrow:
Monika Szwaja "Dom na klifie" (A Cliffhouse"???)
The kind of romantic comedy I'd like to see made into movie. Witty, realistic, funny (rare thing for romantic comedies), with a writing style resembling a quite cute mix of Chmielewska and Musierowicz. Good for a rainy day.

La Mure "Prywatne życie Mony Lisy" (A Private Life of Mona Lisa)
I love Rennaisance. I love Florence. I love the times of Lorenzo de Medici, a real-life Havelock Vetinari of our world. It's a given I'll gladly read anything set in Medici's Florence, so this biography of Lisa Gioconda, de domo Gherardini certainly didn't disappoint me. Sure, it's not Irving's masterpiece, but still it makes a solid nice read. One warning, though: the author tends to change several fact to better fit a narrative structure. Don't use it to learn history! :-)

Julie Powell "Julie & Julia". A complete disappointment, I'm sorry to admit. I couldn't finish it, I couldn't forme myself to remain interested. The premise seemed very promising: the author, Julie, being fed up with her drab dull life, decides to prepare each and every recipe from Julia's Child opus magnum "Mastering the art of french cooking". What does it do with her life? How does it change her? Um. Not at all? I hoped for tasty, exquisite description of how an appetite for sophisticated food teaches her how to taste the life. No such thing. Sigh.
When in 2008 Lena convinced me to see Iron Man with her, I didn't predict that I'd take a sudden fancy to both Tony Stark and Robert Downey Jr. Well, I did.

It resulted in frenzied weeks of watching the plethora of Downey's movies, and in frenzied months spent reading fics on - quel horreur - a comic hero. (Muttered to self: as if I didn't do it earlier with Nolan's Batman. ;-p) I was hooked.

Why cannot I write short reviews or onward to the cutCollapse )

To sum it up, the movie is decidedly worth seeing if you like the superhero genre. As usual Tony/Downey is the main magnet and the main propeller. He spins it all, masterfully.
Oh, be prepared to suspend your disbelief a bit when it comes to new elements and miraculous recoveries, please don't roll your eyes at the sight of Moscow covered in snow (again) and forgive Scarlett her total inability to even fake a fight.

But enjoy the nicely woven angst, clever ideas and plot turns, and - of course - our megalomaniac, narcissistic, brilliant jerk Tony Stark. I certainly did.

Tags: